FELIETONY-WYWIADY

WITAM PAŃSTWA NA MOJEJ STRONIE AUTORSKIEJ

      PIOTR JAROSZYŃSKI  

"Sic vive cum hominibus, tamquam deus videat; sic loquere cum deo, tamquam homines audiat" Seneka

Pojęcie ubóstwa najczęściej łączymy z trudną sytuacją ekonomiczną, w jakiej może znaleźć się konkretny człowiek, konkretna rodzina lub jakiś naród. Ta trudna sytuacja ekonomiczna obejmuje przede wszystkim to, co zagraża życiu lub utrudnia przetrwanie, np. głód i niedożywienie, brak opieki medycznej czy dachu nad głową.
 
Jednak takie pojęcie ubóstwa, choć jasne i trafiające do przekonania, nie odsłania całości problemu. Jeżeli mowa jest o człowieku, rodzinie, narodzie, to nie można zatrzymać się tylko na poziomie możliwości przetrwania, nie można ludzi traktować tylko w kategoriach biologicznych, tak jak byśmy byli roślinami lub zwierzątkami.
 
Bowiem człowiek jest jedynym bytem na ziemi, który żyje kulturą i który tworzy kulturę, bez kultury człowiek nie może żyć jak człowiek. To oznacza, że pojęcie ubóstwa musimy przenieść na ponadbiologiczne poziomy ludzkiego życia, by zobaczyć, jak wygląda ubóstwo w sferze psychicznej i duchowej, w sferze nauki, moralności, sztuki i religii. Dopiero wtedy będziemy mieli pełny obraz ubóstwa.
 
Manipulacja statystyką
 
Ubóstwo w kategoriach ekonomicznych jest najłatwiejsze do uchwycenia. Można bowiem wskazać na mierzalne parametry takie jak minimalny dochód. Na przykład w Polsce w roku 2010, według kryterium przyjętego wówczas przez rząd, poniżej ustawowej granicy ubóstwa znajdowało się ponad 18 proc. Polaków, a poniżej minimum egzystencji ponad 12 procent.
 
Ale są to dane, którymi łatwo jest manipulować. Czytając statystykę za rok 2012, dowiadujemy się, że poniżej ustawowej granicy ubóstwa znajduje się już „tylko” 7,2 proc. ludności. Czyżby sytuacja tak radykalnie się polepszyła? Nic podobnego, zaniżono po prostu kryterium bycia ubogim i wyszło, że ubogich mamy znacznie mniej. Jak łatwo jest manipulować! (Ubóstwo w Polsce w świetle badań GUS, 2013).
 
Problem ubóstwa to nie tylko ekonomia, chociaż ta najbardziej rzuca się w oczy. Dotykając kwestii minimum egzystencji, dotykamy tego, co mieści się w obszarze możliwości przeżycia. Jeżeli jednak człowiek żyje kulturą, to nie mniej ważne jest spojrzenie na ubóstwo z punktu widzenia kultury, a więc jak ubóstwo ekonomiczne wpływa na ubóstwo kulturowe, duchowe, moralne.
 
Mentalność nowobogackich
 
Bieda może wyzwalać w człowieku gorszą stronę jego natury. Jako pierwsza pojawia się skłonność do kradzieży, najpierw podyktowana potrzebą (brak środków do życia), a potem zazdrością lub zawiścią (inny ma, dlaczego ja mam nie mieć?). Następnie idą kłamstwo i zachłanność (posiadać więcej za wszelką cenę). A wreszcie przekonanie, że wystarczy być bogatym, aby być szczęśliwym (za pieniądze można dostać wszystko).
 
W ten sposób spotyka się bieda z bogactwem: bogaci mają takie same marzenia jak biedni, tyle że spełnione, i wiedzą, jak można biednymi sterować, wykorzystując ich rozpaczliwe położenie. U wielu bogaczy można dziś odkryć resentymenty ludzi biednych, dlatego mówi się o nich, że mają mentalność nowobogackich.
 
Oznacza to, że najbogatsi nie pomogą w rozwiązaniu problemu ubóstwa, ponieważ nie są tym zainteresowani. Oni są bogaci właśnie dzięki temu, że jest tak wielu biednych. A gdy jest bardzo wielu biednych, to można korzystać z ludzkiej pracy za marne grosze (umowy śmieciowe). Bogaty nie będzie tracił na interesie tam, gdzie nie jest do tego zmuszony.
 
Pułapki konsumpcjonizmu
 
Czy wśród ludzi tak nastawionych znaleźć możemy narodowe elity? Jeżeli biedni myślą tylko o tym, żeby przeżyć, jeżeli ludzie bardzo bogaci skupieni są przede wszystkim na pomnażaniu swojego majątku, to trudno przypuszczać, aby tam było zaplecze dla naszych elit. Bo gdy mowa o elitach, to zasadnicza sprawa sprowadza się do pytania: jak połączyć zabezpieczenie materialne z aspiracjami ideowymi?
 
Warto tu przywołać klasyczne zasady relacji dóbr materialnych do dóbr duchowych. Wartość dóbr materialnych opiera się na ich przyporządkowaniu do dóbr duchowych. W momencie gdy dobra materialne stają się celem samym w sobie, gdy zostaną oderwane od dobra duchowego, stają się wręcz czymś złym (św. Tomasz z Akwinu). Innymi słowy, jeżeli człowiek ma pieniądze i nie potrafi ich podporządkować celom duchowym, to znajduje się w pułapce konsumpcjonizmu, który człowieka degraduje i niszczy.
 
Na tym właśnie polegała różnica między arystokracją z prawdziwego zdarzenia a nowobogackimi, że w porządnych domach priorytetem było porządne wychowanie, utrzymanie tradycji i promowanie kultury na najwyższym poziomie. Stąd enklawami, które pozwalały na przetrwanie polskiej kultury wysokiej i promieniowały tą kulturą, były dworki, dwory i pałace. Dziś wille i środowisko nowobogackich takiej roli nie spełniają, ponieważ w większości jest to środowisko partyjnej oligarchii, gdzie bogactwo uzależnione jest od realizowania celów polityczno-ideologicznych, a nie kulturowo-patriotycznych.
 
Bieda niszczy patriotyzm
 
W ten sposób po jednej stronie mamy miliony biednych, po drugiej szczupłe grono oligarchów, zainteresowanych utrzymywaniem w Polsce strukturalnej biedy. Jest to bieda wpisana w system ekonomiczny i polityczny. System ekonomiczny to tania siła robocza, natomiast system polityczny – to wypchnięcie poza margines milionów obywateli, którzy nie wierzą w państwo i nie wierzą państwu.
 
Dlatego nie idą głosować. Ale o to właśni rządzącym chodzi: jako spadkobiercy PRL, czyli lewicowe skrzydło „Solidarności”, które dogadało się z komunistami, robią wszystko, aby ta „Solidarność”, którą najbardziej pamiętamy – rozmodlona, patriotyczna, piękna – została zepchnięta na margines życia polityczno-ekonomicznego, albo najlepiej, żeby stąd wyjechała razem z dziećmi i by ślad po niej dla Polski zaginął. I faktycznie, rozżaleni i zdradzeni wyjechali, jeśli nie oni, to ich dzieci, wnuki…
 
Bieda to doskonała metoda na niszczenie patriotyzmu i społecznej aktywności, co rykoszetem uderza w życie osobiste. Człowiek, który nie odczuwa radości i sensu bycia razem z innymi we własnym państwie, staje się zgorzkniały i obojętny nawet na własny los. Popada w apatię i gnuśność, stan moralnie niedobry, w etyce katolickiej traktowany jako niebezpieczny grzech (acedia).
 
Ale przecież taka sytuacja nie bierze się znikąd, ona jest generowana przez system: najrozmaitsze formy aktywności, inicjatywy, przedsięwzięcia mają spotykać się z takimi utrudnieniami ze strony państwa i jego urzędów, aby człowiek w końcu poddał się i machnął ręką, mówiąc: nic się nie da zrobić, rządzi nami klika i złodzieje, nawet wybory nic nie zmienią, bo są ustawione i fałszowane.
 
Być może, by osiągnąć taki właśnie efekt poczucia bezsilności i rezygnacji w wymiarze społecznym, władze dość ostentacyjnie ujawniają przekręty swojego środowiska, pokazują butę i lekceważenie prawa, łącznie z naruszaniem zasad Konstytucji (jak choćby przesunięcie suwerena z Narodu na rząd czy zanegowanie pierwszeństwa rodziców w prawie do wychowania własnych dzieci). To wszystko ma zniechęcić do udziału w życiu obywatelskim państwa i wychłodzeniu jakichkolwiek uczuć patriotycznych. To wszystko ma doprowadzić do takiej stagnacji, która sprawi, że człowiekowi nie będzie chciało się podejmować jakiejkolwiek pracy, nawet po to, żeby być w dobrej formie fizycznej, czy wreszcie żeby przeżyć. Zostaje bierne narzekanie i oczekiwanie, że kiedyś państwo coś da za darmo. Ale państwo już nie da.
 
A co z klasą średnią, co z tymi milionami, które nie żyją na poziomie minimum egzystencji, ale też daleko im do bogactwa? Może w tej jakże licznej warstwie znajdziemy potencjalne elity, które zdolne będą Naród wyprowadzić na prostą? Oby tak było. Ale i na takich ludzi władza ma swoje pomysły. Symbolem może być właśnie to, co zdarzyło się przed kilku laty, gdy właściciel piekarni rozdał chleb ubogim i głodnym.
 
Urząd państwowy oskarżył tego człowieka o niezapłacenie podatku dochodowego za rozdany chleb, narzucając karę, która doprowadziła piekarnię do ruiny. To było jakże wymowne ostrzeżenie ze strony władz: głodni i biedni mają takimi pozostać, tylko państwo ma przywilej pomagania lub niepomagania biednym w zależności od przyjętej strategii politycznej; żywność ma się raczej zmarnować niż trafić do głodnych.
 
W takich warunkach warstwa średnia musi uważać na pułapki zastawione przez państwo, które daje sygnał: biednym nie pomagać, bogatych unikać. W ten sposób zahamowany zostaje oddolny solidaryzm społeczny, a więc taka dobroczynność, która rodzi się poza instytucjami, jest spontaniczna i czujna na to, co w danym momencie się dzieje, kto naprawdę potrzebuje pomocy. Taki solidaryzm jest najpiękniejszy i najsilniejszy, on właśnie odsłania klasę i wielkość Narodu, on zachęca, by piąć się coraz wyżej, gdzie obowiązuje całkiem inna zasada: kto ma więcej, ten chce dać więcej.
 
Jeżeli w obecnej Polsce mechanizmy generowania biedy i bogactwa mają podłoże polityczno-ideologiczne, to tym bardziej nie można się załamywać, nie można trwać w bezczynności, lecz trzeba wszędzie tam, gdzie to możliwe, być aktywnym i uczynnym.
 
Nie można obrażać się na polityków ani na urzędy, nie można złorzeczyć, lecz trzeba zachować wewnętrzną determinację do czynienia wszędzie tam, gdzie leży to w naszym zasięgu – dobra, które pomaga innym, a nas umacnia.
 
Wtedy właśnie następuje ta przemiana, która pozostawia trwałe ślady, wyrabia w nas siłę działania, sprawiając, że zło zostaje z boku. Bo najmniejsze nawet dobro, jakie czynimy dla innych, jest zawsze wielkim dobrem duchowym. Najmniejsze dobro robi wyłom w systemie zła, pozwala oddychać życiodajnym powietrzem ludzkiej życzliwości i troski. A chociaż możemy być ukarani za dobro, niech to będą rany, z których człowiek jest dumny, tak jak dumni byli żołnierze walczący o wolność Ojczyzny.
 
Dlatego właśnie zamiast utyskiwać na zło, skupmy się, by czynić dobro, najmniejsze, a przecież wielkie. Wtedy odrodzimy się jako Naród, gdy będziemy bogaci duchowo, wtedy też zrozumiemy, co to znaczy prawdziwa suwerenność i szacunek dla człowieka. Nie zwyciężymy biedy ekonomicznej, jeśli najpierw nie uzbroimy się w bogactwo ducha. A bogactwo ducha można zdobywać nawet wtedy, gdy jest biednie, można zdobywać już dziś.
 
Piotr Jaroszyński
 
Nasz Dziennik, Sobota, 21 grudnia 2013 (02:00)

HEADER 

zenek
0 # zenek 2014-01-14 19:53
Sam artykuł jak zawsze bardzo ciekawy, ale akurat umowy nazywane "śmieciowymi" są jak najbardziej w porządku, w dzisiejszej rzeczywistości nie ma sensu niepotrzebnie dopłacać do ZUSu czy jakichś lewych przetargów i skomplikowanych przepisów, często takie umowy są lepsze dla obu stron, inna sprawa, że cała gospodarka jest niekorzystnie zorganizowana i ludziom nie jest łatwo się wzbogacić do przyzwoitego poziomu.

Our website is protected by DMC Firewall!