FELIETONY-WYWIADY

WITAM PAŃSTWA NA MOJEJ STRONIE AUTORSKIEJ

      PIOTR JAROSZYŃSKI  

"Sic vive cum hominibus, tamquam deus videat; sic loquere cum deo, tamquam homines audiat" Seneka


Jakie są zagrożenia dla rodziny na wsi? Często choć dzieci jest dużo, to zbyt mało uwagi poświęca się ich wychowaniu, rozwojowi talentów i wykształceniu. Dzieci na wsi bywają małomówne, bo niewiele się z nimi rozmawia, na zadawane pytania odpowiadają bardzo zdawkowo. Do szkoły niektóre chodzą raczej z przymusu, nie widzą w niej jakiejś szansy dla siebie, kończą zawodówkę, czasem zdają maturę, a bardzo rzadko wybierają studia. Dzieci na wsi w zasadzie nie lubią czytać, nie pociąga ich urok marzeń lub poznawanie trudnej prawdy. Dzieci jest dużo, ale mało kto pyta, co z nich wyrośnie.

Brak lektur i poważniejszych rozmów sprawia, że młodzież na wsi nie ma dalekosiężnych planów i ambicji, ciąży ku domowi, wtapiając się w odwieczny cykl przyrody. Potrzebuje dużo czasu, aby będąc poza rodzinnym gniazdem, nabrać zaufania i choć trochę się otworzyć.

Praca na wsi nie jest już tak ciężka jak dawniej. Jednak postęp techniki przyczynił się do zerwania tak bardzo intymnej więzi z przyrodą: co innego orać pole dymiącym i hałasującym traktorem, a co innego stąpać bosą nogą po wilgotnej ziemi za koniem ciągnącym w natężeniu wszystkich mięśni pług. Dawniej wspólna praca łączyła całą wieś w trudzie i w posiłku, dziś rodziny są w dużej mierze samowystarczalne, sąsiedzi znacznie rzadziej się odwiedzają.

Mniejsza ilość pracy sprawiła, że na wsi jest coraz więcej wolnego czasu. Aż się prosi, aby w domu, wzorem dawniejszych choćby zaścianków, była biblioteczka, jakiś instrument - pianino czy akordeon, aby ów zaoszczędzony czas można było sensownie wypełnić lekturą, wspólnym śpiewaniem, tańcem... Gdzieś ten wolny czas ucieka, życie duchowe, kulturalne, niestety, jest mało rozwijane.

Wieś niewiele interesuje się otaczającą przyrodą. Tylko nieliczni potrafią poodróżniać dziesiątki ziół, ptaków, nie mówiąc już o orientacji w rozgwieżdżonym niebie, którego w mieście prawie w ogóle nie widać.

Lata zagrożeń ze strony państwa sprawiły, że wiejski solidaryzm rodzinny wręcz wyemancypował się z reguł prawnych, nie tylko złych, ale i dobrych. Rodzina często jest ponad prawem państwowym i jeśli występuje jakieś naruszenie prawa, bliżsi lub bardzo dalecy nawet krewni spieszą natychmiast z pomocą. To weszło już w zwyczaj i trudno komuś wytłumaczyć, że nie wszystko to tylko kwestia tzw. załatwienia.

W niedzielę wieś odświętnie ubrana tłumnie wyrusza do Kościoła. Po Mszy świętej ludzie nie od razu pojadą do domów, jest czas na pogawędkę z bliskimi i znajomymi. Taki jest zwyczaj - w niedzielę nie ma się co spieszyć.

Wieś polska nosi na sobie przykre piętna wielu ustrojów, łącznie z zaborami. Dużo pracy należałoby w nią włożyć, aby nie psując tego, co dobre, pewne rzeczy uszlachetnić. Trzeba przy tym postępować delikatnie, gdyż to, co pokaleczone, boli.

Jak wiadomo, opracowywany jest międzynarodowy projekt likwidacji ponad połowy polskich gospodarstw. Jeśli wejdzie w życie, zostanie naruszona nie tylko gospodarcza, ale i biologiczna tkanka naszego narodu. Bo bez gospodarstw nie ma rodziny, a bez rodzinnej polskiej wsi nie będzie narodu. Jak wobec tego możemy sobie pomóc, jeśli tak trudno jest odnaleźć wspólny język? Doprawdy, w obecnej sytuacji coś musi się wreszcie przełamać, abyśmy jako Polacy umieli dostrzegać wspólne dobro, bo tylko ono zapewnić może narodowi byt na dalsze lata i wieki.

Piotr Jaroszyński
"Naród tylu łez"

Our website is protected by DMC Firewall!