Gender wprowadzane jest na skalę globalną. Oznacza to, że za tą ideologią stoją siły międzynarodowe, które dysponują potężnymi i różnorodnymi środkami oddziaływania. Wszystko ujęte jest w pewną całość, w pewien system, ma swoją logikę i logistykę, swoją strategię i taktykę, swoje bliższe i dalsze cele, swoje agendy jawne i niejawne, swoich popleczników i podwykonawców, a wreszcie swoich wrogów realnych bądź wyimaginowanych.

 

System to na tyle potężny i zróżnicowany, że przeciętnemu człowiekowi trudno jest to wszystko ogarnąć, uporządkować i rozpoznać, by skutecznie się bronić. Raczej trafiany jest pojedynczymi razami, a autorstwo przypisuje komuś, kto tylko wypełnia polecenia. Propagatorem gender może być dziennikarz, polityk, przedszkolanka, naukowiec, gwiazda filmowa, piosenkarz, uczeń, student, muzyk, katecheta, a nawet ksiądz, no i oczywiście seriale, seriale, seriale, bo w nich jest najwięcej miejsca na to, by przekonująco i sympatycznie ukazywać gender, zwłaszcza jeśli po stronie gender stanie ulubiony aktor. 

Właśnie o to chodzi, żeby powstała paleta bodźców, które płyną ze strony różnych profesji, środowisk, pokoleń, tworzących zgodny chór, że gender jest OK. Wtedy są większe szanse na to, że niezorientowany, ale należący do zdrowo myślącej większości człowiek ulegnie, podda się, uzna, że to normalne, bo przecież jesteśmy wolni i żyjemy w demokracji, więc mogą być różne opcje polityczne, światopoglądowe i seksualne. Taki człowiek nie wie, że jego proces myślenia, proces takiej właśnie argumentacji został dokładnie zaprojektowany przez sztaby specjalistów. Oni wiedzą, że przy odpowiednim bodźcu nastąpi spodziewana reakcja, a jeżeli nie u wszystkich naraz, to u znaczącej większości, jeśli jeszcze nie teraz, to w niedługim czasie.

W każdym razie podstawowa zasada brzmi tak: słowo „gender” ma pojawiać się wszędzie, gdzie to możliwe, bo ma być elementem zastanego świata, ma być tym, do czego wszyscy przywykli. Ma być na słupach ogłoszeniowych, na billboardach, w gazetach, w radio, w telewizji, a także wszędzie tam, gdzie jest nauka. Jeżeli temat konferencji nie ma nic wspólnego z gender, to gender studies niech współfinansują taką konferencję: tak było pod koniec ubiegłego roku na konferencji poświęconej Powstaniu Styczniowemu, jaką zorganizowano w Pałacu Staszica, placówce Polskiej Akademii Nauk. Ktoś zapyta, co ma gender wspólnego z powstaniem? Nic, ale wystarczy, jeśli oba słowa będą się kojarzyć, nawet zupełnie bez sensu. 

Wszechobecność słowa „gender” jest ważniejsza niż tłumaczenie, o co chodzi. Tłumaczenie zawsze będzie komplikować sprawę i zniechęci większość, która z zasady nie chce się intelektualnie wysilać. Ta większość milcząco zaakceptuje coś, czego nie rozumie, ale co potwierdzają „autorytety”, co jest na topie, bo jest znakiem postępu, nowoczesności, no i co nas łączy w walce z obskurantyzmem i ciemnogrodem. A ten ciemnogród to najlepiej obrzucać kalumniami, wyzwiskami, potwarzami, to lepsze niż argumenty, zwłaszcza gdy tak naprawdę rzeczowych argumentów brak. Jest ironia, pycha i obelgi. A poza tym intelektualna pustka.

W wielu krajach zachodnich, np. w Niemczech, sprawa gender jest już przesądzona. Kto krytykuje, ten będzie ukarany, a jeśli są to rodzice, to mogą nawet stracić dzieci. I nic nie zrobią, bo takie jest prawo. To prawo ktoś uchwalił, bo ktoś inny w porę skutecznie nie ostrzegł, nie wytłumaczył, nie zorganizował sprzeciwu. I przeszło, a teraz gender deprawuje dzieci, demoralizuje, a więc niszczy społeczeństwo, bo ma za sobą paragraf prawa i posłuszną każdemu prawu policję. U nas też do tego zmierzają, chcą nam odebrać małżeństwo i miłość, rodzicielstwo i dziecięctwo, a w końcu duszę i ciało. Brońmy się, brońmy skutecznie. I w porę.

Piotr Jaroszyński

Nasz Dziennik, Środa, 2 kwietnia 2014, Nr 77 (4919)

 

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd