FELIETONY-WYWIADY

WITAM PAŃSTWA NA MOJEJ STRONIE AUTORSKIEJ

      PIOTR JAROSZYŃSKI  

"Sic vive cum hominibus, tamquam deus videat; sic loquere cum deo, tamquam homines audiat" Seneka

Z profesorem Piotrem Jaroszyńskim, filozofem, kierownikiem Katedry Filozofii Kultury na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim oraz członkiem Rady Naukowej Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, o fascynacjach filozoficznych, polskiej kulturze, Kresach, Afryce i wędkarstwie rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Jakie znaczenie w Pana życiu i w wyborze zawodu odegrał dom rodzinny i jakie wartości Pan z niego wyniósł?
- Podstawowe wartości, jakie wyniosłem z domu rodzinnego, związane są z patriotyzmem, miłością do kultury polskiej i z wiarą. Moja rodzina ze strony taty - Czesława - pochodzi z Kresów dziś należących do Białorusi, a dawniej zwanych Czarną Rusią. Były to takie zaścianki w okolicach Puszczy Nalibockiej, jak Nowiki Małe czy Balewicze (zwane też osadą), a ich mieszkańcy to potomkowie szlachty mazowieckiej, która po unii lubelskiej przeniosła się w drugiej połowie XVI w. na Litwę. W lutym 1940 r. cała rodzina, a więc dziadkowie (Franciszek i Anna) wraz z czwórką swoich dzieci (Maria, Czesław, Stanisław, Irena) zostali wywiezieni na Syberię, gdzie spędzili 6 lat. Chwalić Boga, wszyscy przeżyli, ale w strony rodzinne nie było już powrotu. Po wojnie trafili na Ziemie Odzyskane, do Siedlęcina, niedaleko Jeleniej Góry, i tam też ja spędziłem moje pierwsze lata. Dziadek gospodarzył, bardzo to kochał, ale w pewnym momencie wsadzono go na rok do więzienia za to, że państwu nie oddał zboża - miało być tego więcej, niż w ogóle zebrał z pola. Po wyjściu z więzienia zaraz zmarł. Ludzie z Kresów byli silni, ale też i nadwrażliwi, łatwiej było znieść niewolę sowiecką niż komunistycznych barbarzyńców we własnej Ojczyźnie. Dużo czasu poświęcała mi babcia. Gdy zamieszkaliśmy na krótki czas w Łodzi, a potem na dobre w Warszawie, pilnowała, żebym chodził w niedzielę do kościoła, a w tygodniu na lekcje religii.
Ze strony mamy była to rodzina z Wielkopolski (Pniewy, Czarnków, Międzychód). Pradziadek (Franciszek Śliwiński) działał w Pszczewie, szerząc polskość na przekór postępującej germanizacji, a dziadek (Franciszek Wachowiak) był powstańcem wielkopolskim, i choć rzadziej go odwiedzałem, to pozostały mi w pamięci opowieści, zdjęcia i ordery. Po wojnie był opiekunem społecznym. Moja mama chodziła do gimnazjum Sióstr Urszulanek w Pniewach, wyrastała pod skrzydłami takich sióstr jak Józefina Ledóchowska i Urszula Górska.

Czy fakt, że oboje Pana rodzice są aktorami, nie kusił Pana, by również obrać tę drogę życiową?
- Na pewno taka pokusa była, zwłaszcza że lubiłem deklamować wiersze, a także, jak to często bywa w młodych latach, pisać - czy to właśnie wiersze, czy opowiadania.
Trzeba pamiętać, że lata 60. i 70. to okres, gdy sztuka aktorska, zarówno teatralna, jak i estradowa, była na swoistej fali. Dziś z perspektywy czasu widzę, że były różne wpływy czy naciski polityczne, ale z drugiej strony pokolenie moich rodziców miało za profesorów ludzi wielkiej klasy, jeszcze przedwojennej daty, którzy czuli i rozumieli, na czym polega piękno, wielkość polskiego słowa, jaki jest sens teatru (Henryk Modrzewski, Emil Chaberski, Juliusz Saloni, Janina Mieczyńska). Po takiej edukacji można było przyjąć wyzwanie do gry w takich arcydziełach jak "Nie-Boska komedia" Zygmunta Krasińskiego, "Balladyna" Juliusza Słowackiego, a nawet na estradzie dowcip i humor musiały mieć swój poziom, choćby w sposobie mówienia. Poza ekspresją wielką rolę odgrywała wyrazistość.

Czemu więc wybór kierunku studiów padł na filozofię?
- Duży wpływ miał na to mój tata, który poza aktorstwem jest dociekliwy i lubi analizować różne sytuacje, w jakich znalazł się osobiście, a szerzej, w jakich znajdowała się Polska. Życiorysy jego pokolenia były bardzo bogate: okres międzywojenny, Syberia, pierwsze lata nadziei po wojnie, zaciskająca się pętla komunizmu, falujące odwilże. Spotykali się w domu moich rodziców poeci, pisarze, aktorzy, reżyserzy, historycy, byli więźniowie, a ja bardzo lubiłem się temu przysłuchiwać, to działało na wyobraźnię. Również spory, jakie prowadzili, angażowały mnie emocjonalnie (kto ma rację?). Patrząc z dzisiejszej perspektywy, widzę, że były bezcennym podkładem dla rozwoju intelektualnego. W trzeciej klasie liceum naszła mnie myśl, że będę studiował filozofię na KUL. Miałem jeden zeszyt do wszystkich przedmiotów, a pod ławką czytałem "Historię estetyki" i "Historię filozofii" Władysława Tatarkiewicza, próbowałem "ugryźć" Immanuela Kanta. Nauczyciele machnęli na mnie ręką, a mnie nie interesował ani wodór, ani neutron, ani pantofelek, tylko filozofia i... Polska.

Jakie wspomnienia wiążą się z okresem Pana studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w latach 70. ubiegłego wieku?
- Nie mogę uwierzyć, że mogłem mieć tak znakomitych profesorów, którzy byli do dyspozycji jakże niewielkiego grona studentów. Na roku było nas najwyżej kilkanaście osób, a słuchaliśmy wykładów o. Mieczysława Alberta Krąpca OP, s. prof. Zofii Zdybickiej SJK oraz nieżyjących już Stefana Swieżawskiego, ks. Stanisława Kamińskiego czy ks. Mariana Kurdziałka i dane nam było dyskutować z nimi. Nawet jeśli niektórzy z nas zajęli się później czymś innym, to w czasie studiów wszyscy chcieliśmy być filozofami, to była najważniejsza rzecz na świecie. Student tak naprawdę nie ma jeszcze rozeznania, co jest ważne, a co nieważne, ale kieruje się tym, czy i dlaczego jakiś profesor mu imponuje. I jak małe dziecko też chciałby kimś takim być, takim mądrym (w końcu mówimy o filozofii), co to cytuje z pamięci Platona i Arystotelesa (po grecku) czy św. Tomasza z Akwinu (po łacinie) albo Mikołaja Sępa Szarzyńskiego, albo rozprawia się z trudnymi poglądami Kanta lub Hegla. Fascynacja jest niezwykle ważnym elementem edukacji.

Cytowanie z pamięci w językach klasycznych Arystotelesa czy św. Tomasza to specjalność o. prof. Mieczysława Alberta Krąpca. Przez wiele lat był Pan jego uczniem, a następnie współpracownikiem. Jakie znaczenie miały dla Pana te kontakty i - chyba mogę tak powiedzieć - fascynacja osobą ojca profesora?
- Nie jest to jeszcze okres zamknięty, ponieważ w dalszym ciągu współpracujemy, czy to rozmawiając na bieżąco o różnych sprawach, czy z uwagi na prace nad Powszechną Encyklopedią Filozofii. Jedno mogę powiedzieć, nie można być filozofem, nie mając mistrza. Filozofia to bezmiar poglądów, wymyślnych często stanowisk, natłok trudnych słów... Kto do takiej wody wejdzie bez mistrza, musi albo utonąć, czyli pogubi się i zdziwaczeje, albo też odskoczy jak oparzony, zrażając się do filozofii na zawsze. Choć jako studenci mogliśmy dużo skorzystać ze spotkań z wieloma znakomitymi profesorami, to tym, który mnie przeprowadził przez to morze, jest ojciec profesor. Chodziło o to, żeby złapać grunt pod nogami, a tym gruntem dla filozofii musi być rzeczywistość. Tymczasem większość nurtów filozoficznych robi wszystko, choć trudno w to uwierzyć, żeby rzeczywistości nie poznawać. Z różnych racji, również pozafilozoficznych, a więc z uwagi na ideologię czy religię. Bo były i religie, które rzucały anatemę na rzeczywistość.

Czym zajmuje się filozofia kultury?
- Nie ma jednej filozofii kultury, ponieważ są różne nurty filozoficzne i to od nich zależy, jak kultura jest rozumiana i interpretowana. W większości wypadków kulturę rozumie się bardzo płynnie, mowa jest o wartościach, o twórczości, często utożsamia się ją ze sztuką, panuje tu raczej bałagan. Wszystko dlatego, że chętniej mówi się o ludzkich wytworach niż o samym człowieku. A przecież kultura to przede wszystkim sposób bycia człowiekiem, to jest owo przebogate życie osobowe, jakie w nas przepływa pod postacią poznania, moralności, twórczości i wiary. Problem w tym, że w nowożytnej i współczesnej filozofii zdeformowano obraz człowieka, redukując go bądź do materii (człowiek to czysta fizjologia i zmysłowość), bądź czyniąc z niego jakiegoś anioła, nieziemską istotę, Boga nieomal. I jak wtedy mówić o kulturze? Jedno i drugie prowadzi na manowce. Tymczasem chodzi o to, kim naprawdę jest i kim powinien być człowiek, cały człowiek.

Aktywnie działa Pan Profesor na rzecz rozwoju kultury polskiej w Ojczyźnie i licznych środowiskach polonijnych na świecie, m.in. w USA, Kanadzie, Norwegii czy Niemczech. Czy na emigracji trudno jest zachować dziś polską tożsamość?
- Pod pewnym względem łatwiej, jeśli ktoś o to zabiega. Jeśli natomiast polskość jest mu obojętna, to może bardzo szybko się wynarodowić. Przebywanie w obcym kraju, czyli w obcym środowisku, a nawet wśród obcej przyrody lub architektury z biegiem czasu działa coraz bardziej deprymująco, zwłaszcza na ludzi wrażliwych, pogłębiając ich wewnętrzną alienację. Nie mówiąc już o tym, że czują oni moralny niesmak, bo zrejterowali z pola walki. Więc próbują to nadrobić. Zaczynają od wystroju domu po polsku, pilnują, aby tradycjom stawało się zadość, wysyłają dzieci do polskich szkół, na różne kółka zainteresowań, w tym choćby na polskie tańce, obkładają się klasyczną literaturą polską, czytają w gronie rodzinnym co ładniejsze fragmenty. Zdarza się w końcu, że dzieci tak wychowane, gdy przyjeżdżają po raz pierwszy do Polski, dziwią się, jak my tu, na własnej ziemi, jesteśmy wynaradawiani i jak łatwo się poddajemy. Dlatego kontakt z wieloma rodzinami polskimi na obczyźnie niezwykle mnie wzbogaca i inspiruje.

Co to więc znaczy być Polakiem?
- Na tak zadane pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Inaczej Polakiem jest matka, która wychowuje własne dzieci, a inaczej ojciec, który gros czasu poświęca pracy zawodowej. Matka musi wszczepiać własnym dzieciom nasze najlepsze obyczaje, dbać o stronę moralną, a także zwracać uwagę na poprawność i piękno wysławiania się. Ojciec natomiast powinien wysilić swój rozum, żeby przenikać trudne i zawiłe kwestie dotyczące naszej historii i bieżącej sytuacji, zaprawiać własne dzieci do dyskutowania. Musi też pamiętać o wyrabianiu odpowiedniej tężyzny fizycznej i odporności psychicznej. Nad całością zaś musi dominować idea odzyskania wysokiej kultury polskiej.

"Suwerenność nie jest przeżytkiem!", "Europa bez Ojczyzn", "Ocalić polskość!" to tylko niektóre tytuły Pana książek, w których uderza wielkie zatroskanie o sprawy Ojczyzny. Jak oceniłby Pan kondycję współczesnej Polski?
- Polska jako państwo nie odzyskała realnej suwerenności. Nie chodzi mi tu o zabawę w demokrację czy pluralizm partii politycznych, chodzi o odpowiedzialność rządzących za państwo, które skupia pod swoimi skrzydłami prawie 40 milionów obywateli, a których życie i aspiracje muszą wpisywać się w tysiącletnie dzieje Narodu. Wyłaniane są rządy sezonowe, jedne lepsze, drugie gorsze, ale poczucia całościowej odpowiedzialności za państwo w perspektywie wieków nie ma. W tej sytuacji takie potęgi jak Rosja czy Niemcy nie traktują nas zbyt poważnie. To chyba najbardziej bolesna strona kryzysu polityki polskiej po 1989 roku, gdy mogliśmy budować suwerenne państwo. Komuniści jak wygłodniałe wilki przepoczwarzyli się w kapitalistów, których przez pół wieku nienawidzili, myśleli wyłącznie o ratowaniu własnej skóry. "Solidarność" zupełnie się pogubiła i nie powstała na trwałe klasa polityczna, która myślałaby kategoriami narodowymi i państwowymi, są frakcje i frakcyjki. Dużą szansę miało PiS, ale kto wie, co będzie dalej.

Zygmunt Gloger mawiał: "Obce rzeczy wiedzieć dobrze jest, swoje - obowiązek". Czy, według Pana, wystarczająco dużo mówi się dzisiaj o naszych Kresach Wschodnich, podkreślając ich wyjątkowe znaczenie dla kultury polskiej?
- Kresy przez wieki tworzyły kulturę polską - Wilno, Lwów, Tarnopol to były najważniejsze ośrodki polskości i dlatego nam je odebrano, fizycznie i duchowo. Najwyższa pora, aby przywrócić duchowe znaczenie Kresów dla polskości, bo bez Kresów, jak to zresztą widać, trudno nam być Polakami. Musimy wobec tego sięgać po kresowe bogactwa z większym zapałem i na większą skalę, my, to znaczy telewizja, radio, prasa, a także profesorowie i uczniowie.
Powinno powstać Muzeum Kresów, nowoczesne, multimedialne, tak aby uczeń, słuchając "Inwokacji" z "Pana Tadeusza", mógł zobaczyć i Niemen, i dworek Mickiewiczów, i te "pagórki zielone". Aby czytając Słowackiego, mógł przenieść się do Krzemieńca, a sięgając po Marię Rodziewiczównę, mógł zobaczyć te niesamowite bagna poleskie, a wśród nich polskie dwory. Dziś jest to technicznie możliwe i jakże ubogaciłoby wrażliwość i wyobraźnię zwłaszcza młodego pokolenia Polaków, nie tylko z Polski, ale i z całego świata.

Jakie miejsca szczególnie lubi Pan odwiedzać na Kresach?
- Najczęściej jeżdżę do Wilna, praktycznie co roku, bo choć tuszuje się tam ślady polskości (pod pretekstem renowacji), to jednak Wilno odbiło się, a jest to chyba najpiękniejsze miasto świata. Czasem odwiedzam rodzinne strony na Białorusi, gdzie zaprasza mnie wspaniały Polak, ks. Józef Hańczyc, proboszcz z Lidy. Z nim odwiedzamy różne zakątki, takie jak Nowogródek czy Bohatyrowicze znane z powieści "Nad Niemnem". Lubię słuchać starszych, którzy mówią dawną, kresową polszczyzną, to wprost pieści moje ucho. Gdy tam się jest, trzeba trochę nadrabiać wyobraźnią, by z tego, co zostało, odtwarzać świat, który już przeminął.

Niewiele osób wie, że jest Pan autorem wspaniałego albumu o Afryce, który stanowi jednocześnie dziennik z podróży do Rwandy i Burundi. Co Pana skłoniło, żeby odwiedzić właśnie tę część świata?
- Ciekawość. Jak naprawdę jest na tym kontynencie, gdzie żyją od wieków takie dziwne ludy, które zachowały pradawne zwyczaje? Czym się od nas różnią? Czy będę mógł się z nimi porozumieć? Czy mnie nie napadną? Czy będą słuchać moich wykładów? Czy pokażą mi jakieś niezwykłe miejsca? Kiedy miałem podjąć decyzję o wyjeździe, z różnych powodów bardzo niebezpiecznym, rodziły się coraz to nowe pytania, które zamiast mnie przestraszyć, pobudzały moją ciekawość. Więc pojechałem. Wszystko, co zobaczyłem, przerosło moje oczekiwania, a ponadto po raz pierwszy mogłem zobaczyć tę heroiczną pracę, jaką wykonują tam nasi misjonarze, siostry i zakonnicy. W ten sposób powstał album "Amahoro. Podróż do serca Afryki".

Czym różni się kultura afrykańska od naszej, co w niej jest szczególnie pociągającego? Czy jest to może muzyka?
- Nie ma kultury afrykańskiej, to pewien skrót myślowy odwołujący się do kategorii geograficznych. Afryka to niezwykła wielość kultur. Ja mogę powiedzieć o tej kulturze, o jaką się zaledwie otarłem, głównie w Burundi, bo Rwanda wydała mi się bardziej obca i jakby groźniejsza. Jest to kultura, w której mamy do czynienia z minimalną mediacją techniki, liczą się kontakty międzyludzkie, to się czuje, jak ci ludzie są na siebie otwarci, jak wiele mają delikatności i ciepła. W połączeniu z brakiem pośpiechu powstaje atmosfera czasu, który się zatrzymał. I aż trudno uwierzyć, że to wszystko zamienić się może w huragan, niszczycielski sztorm, za którym idzie morze ofiar. Ale dotykanie tej jakby ludzkiej pranatury jest fascynujące. Muzyka jest jedną z głównych form wyrazu najgłębszych pragnień i niepokojów, śpiewają głównie podczas Mszy Świętych. Mają niezwykłe poczucie rytmu, są miękcy w ruchach, śpiewają czysto i bez wysiłku.

Jak sobie tam radzą misjonarze?
- Poznałem głównie polskich misjonarzy. I pierwsze wrażenie było takie: to są ludzie, którzy ze względu na swą wrażliwość i szlachetność nie są w stanie żyć w PRL i jego multiplikacjach, gdzie w mniejszym lub większym stopniu paraliżowany jest nasz system nerwowy, poddawani jesteśmy zaburzeniom poznawczym i emocjonalnym. W Afryce trafiają na ludzi trudnych, ale otwartych i niezwykle wdzięcznych. Dlatego oddają im swoje serce, a bardzo często i swoje zdrowie, bo to nie jest kontynent dla białych. Nieomal każdy misjonarz to osobowość, która mogłaby trafić do najlepszego grona rycerzy z powieści Sienkiewicza. Tyle że misjonarze walczą nie mieczem, lecz różańcem, walczą nie ze Szwedami, Niemcami czy Hiperborejczykami (Ruskimi), ale z czarownikami lub po prostu z tym, co nazywa się grzechem, pokonując przy okazji własne słabości.

Czy przeżył Pan podczas swojej podróży po Afryce jakąś ciekawą przygodę?
- Przygód było mnóstwo, ale może opowiem, jak najadłem się strachu. Gdy więc udało się nam uciec przed hipopotamem, którego sylwetka ginęła w mroku, jaki zapadł po zachodzie słońca, a słyszeliśmy tylko jego sapanie, znaleźliśmy się wreszcie na brzegu. Wtedy też zrobiło się zupełnie ciemno. Wprawdzie na Tanganice widać było jeszcze poświatę, ale na lądzie panowała tylko ciemność, a przed nami około kilometra drogi splątanymi ścieżkami, wśród wysokich traw. W tych stronach nie było białych ludzi (Abazungu) od ponad 10 lat. I wtedy naszły mnie dziwne myśli: a jeśli nas napadną? Ktokolwiek, nikt go nie rozpozna ani nie złapie. A co z samochodem? Został na placu, wśród może setki wyrostków, przecież mogli go rozebrać na części. Ciemności absolutne, ogniska pogasły, bo choć było przed ósmą, to oni nie siedzą na zewnątrz, lecz od razu idą spać do tych swoich lepianek czy szałasów. Cisza. A jeśli nadziejemy się na jakiegoś hipopotama, który wyszedł skubać trawę? Czas dłużył się w nieskończoność. Wreszcie dotarliśmy. Samochód stał nienaruszony, a obok niego chłopak, któremu kleryk (on właśnie wziął mnie na ryby) powierzył zadanie, by na nas tu czekał. I czekał, choć wszyscy poszli spać. Dostał torbę cukierków, a my odetchnęliśmy z ulgą. Teraz strachu już nie pamiętam, tylko tę magiczną poświatę na Tanganice, w której żyją krokodyle, hipopotamy i inne przedpotopowe stwory.

Co dają takie podróże do egzotycznych krajów?
- Każdy wyjazd to zdobycie dystansu, który z kolei pozwala lepiej zrozumieć, kim się jest. Bo człowiek poznaje przez porównywanie, co jest podobnego, a co różnego. Dopiero wtedy coś, co wydawało mu się oczywiste, staje się zdumiewające, albo odwrotnie, co wyglądało na niezwykłe, jest zwyczajne. Zaczyna doceniać wiele rzeczy, inne traktuje z przymrużeniem oka, a przede wszystkim przestaje biadolić, gdy widzi, w jak trudnych warunkach ludzie potrafią być szczęśliwi. Wyjazd do krajów egzotycznych w jeszcze większym stopniu kontrastuje widzenie wielu spraw, a więc i ułatwia ich rozumienie. Niestety, jeśli jesteśmy tylko turystami i mieszkamy tylko w hotelu, to niewiele zobaczymy. Żeby coś naprawdę zobaczyć i przeżyć, trzeba trafić na właściwych ludzi. A Polacy za granicą umieją być gościnni.

Czym więc jest prawdziwa kultura i dlaczego jest ona tak ważna?
- Odpowiedź jest banalnie prosta: kultura jest tym, co pomaga człowiekowi się rozwinąć tam, gdzie samoczynnie taki rozwój się nie dokona. Przychodzimy na świat wyposażeni w szereg władz, nogi służą do chodzenia, oczy do widzenia, rozum do pojmowania, ale problem w tym, że my z natury sami nie nauczymy się prawidłowo chodzić, bystro dostrzegać, prawdziwie poznawać. Potrzebujemy pomocy kultury, która jest pewnym depozytem społecznym, bo uczymy się tego wszystkiego od innych, od rodziny, od narodu, od Kościoła. Zdarza się jednak i tak, że zamiast zdrowego pokarmu podawana jest nam trucizna dla oczu, uszu, rozumu i woli. I wtedy człowiek się degeneruje. Dziś jest to szczególnie widoczne, ponieważ luminarze postępu, nie licząc się z ludzką naturą, chcą zaprojektować wszystko od początku (utopia), nawet naszą naturę. No i nieszczęścia gotowe. Dlatego trzeba znać pomyłki, właśnie na poziomie intelektualnym, jakie są udziałem naszej historii, zachodniej i polskiej.

Czy nie uważa Pan, że w dzisiejszym świecie coraz częściej wiele osób zajmujących się kulturą traci związek z chrześcijaństwem? Widoczne jest to chociażby na przykładzie wielu współczesnych przedstawień teatralnych, operowych czy filmowych...
- Ja bym powiedział inaczej: te osoby są promowane przez media lub instytucje państwowe, które wykazują brak zainteresowania chrześcijaństwem lub są wręcz doń wrogo nastawione. Inni, którzy prawdopodobnie stanowią większość, skazani są na publiczny niebyt, a przynajmniej na marginalizację. Nikt o nich nic nie mówi, ich dzieła nie są pokazywane, a na większe przedsięwzięcia nie otrzymują żadnego finansowego wsparcia. Bo przecież, żeby wystawić sztukę teatralną czy zrobić film, trzeba dysponować niebagatelnymi funduszami. I w ten sposób powstaje wrażenie, że jeśli w Polsce są elity, to dalekie od chrześcijaństwa. Faktycznie jednak jest to wynik pewnej taktyki kreowania elit, wypracowanej w PRL, a która nadal ma się dobrze.

A sztuka przecież, obok nauki, etyki i religii, jest ważną dziedziną kultury, która wyznacza określony profil danej cywilizacji i odgrywa istotną rolę w życiu człowieka... W swej książce "Metafizyka i sztuka" podkreśla Pan, że to właśnie metafizyka, a nie estetyka czy filozofia sztuki, pomaga zrozumieć prawdziwą twórczość. Czy można wobec tego postawić tezę, iż liczni dzisiejsi artyści zapominają o tej prawdzie?
- Oni o niej nie zapominają, oni jej po prostu nie znają. Tu dotykamy drażliwej kwestii wykształcenia, które w swych podstawowych ramach pomija filozofię, a zwłaszcza metafizykę. Ofiarami tej luki w wykształceniu są przede wszystkim humaniści, a artyści w szczególności. Zwłaszcza gdy próbują wypowiadać się na tzw. tematy ostateczne, ale również gdy podejmują problem relacji sztuki do rzeczywistości.

W jaki sposób powinniśmy ratować kulturę chrześcijańską przed zalewem współczesnego, nachalnego pogaństwa?
- Polecam dwa teksty papieskie. Pierwszy to "Fides et ratio" Jana Pawła II, a drugi to wykład Benedykta XVI wygłoszony w Ratyzbonie (2006). Chrześcijanie poddali się presji antykultury, która twierdzi, że wiara przeczy rozumowi, a rozum przeczy wierze. Tymczasem wiara jest otwarta na rozum (Jan Paweł II), co więcej - doszło do takiego paradoksu, że wiara ma bronić rozumu, wbrew współczesnemu irracjonalizmowi, temu, co Benedykt XVI nazywa atakiem na Logos. Pogaństwo terroryzuje nas wtedy, gdy nie potrafimy bronić racjonalnie ani samych siebie, ani naszej wiary. Dlatego musimy odzyskać racjonalną kulturę chrześcijańską.

Cel Fundacji "Lubelska Szkoła Filozofii Chrześcijańskiej", której jest Pan prezesem, to odbudowa i krzewienie oświaty i kultury opartej na kulturze chrześcijańskiej. Jak wiele cennych inicjatyw udało się jej do tej pory zrealizować?
- W ramach naszej Fundacji (www.fundacja.hg.pl) organizujemy na KUL coroczne międzynarodowe sympozja, których naczelne pytanie dotyczy przyszłości cywilizacji zachodniej. Podejmowane są różne tematy, takie jak edukacja, technika, religia, polityka, kreacjonizm. W tym roku sympozjum odbędzie się 16 kwietnia i poświęcone zostanie sprawiedliwości. Wydajemy też periodyk filozoficzny "Człowiek w kulturze", wkrótce ukaże się 19. już numer, poświęcony problemowi filozoficznego realizmu, numer ten dedykowany będzie ojcu prof. M.A. Krąpcowi. Poza tym co roku organizujemy na KUL cykl wykładów im. ojca Jacka Woronieckiego, na które zapraszamy wybitnych profesorów z Ameryki. Jest też krąg miłośników poezji "Dziedzictwo", w ramach którego studenci wystawiają spektakle poświęcone perłom naszej poezji, takich autorów jak Mickiewicz, Baczyński, Herbert. Jest to sporo jak na niewielkie grono, które się w to najbardziej zaangażowało (dr Imelda Chłodna, dr Krzysztof Wroczyński, ks. dr Paweł Tarasiewicz), a prace prowadzone są społecznie.

Od kilku lat jest Pan wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Często występuje Pan również w Telewizji Trwam i Radiu Maryja, gdzie wygłasza Pan felietony z cyklu "Myśląc Ojczyzna". Jaką rolę, według Pana, pełnią te media w Polsce i na świecie?
- Jest to główne środowisko, które w sposób świadomy, całościowy i odważny stoi na straży polskości. Dlatego znajduje taki odzew zarówno u nas w kraju, jak i za granicą, wśród Polaków żyjących na emigracji. Dlatego też jest tak niemiłosiernie atakowane. Pamiętajmy, że walkę z polskością zaczęto prowadzić w czasach zaborów, wypracowano odpowiednie metody, łącznie z rozpoznawaniem naszej psychiki, jej najsłabszych stron lub potencjalnie najsilniejszych, jedni okupanci uczyli się od drugich. Mało kto wie, że "Chłopi" Władysława Reymonta byli lekturą w wojsku... niemieckim, które przed mającą nastąpić okupacją musiało znać mentalność swojej ofiary. Komuniści uczyli się od caratu, jak panować nad Polakami, a dzisiejsi postkomuniści i liberałowie uczą się od komunistów. To już jest cała tradycja. Nic więc dziwnego, że widząc odradzającą się polskość, robią wszystko, by ją zdusić w zarodku. Musimy być tego świadomi i tym bardziej nie poddawać się, tu chodzi o naprawdę wielkie rzeczy, większe niż wielu z nas mogłoby się wydawać.

W "Podstawach retoryki klasycznej" zwraca Pan uwagę na fakt, że rozwój osobowy w kontekście prawdy, dobra i piękna nie dokona się bez właściwego współudziału słowa. Czy zgodzi się Pan z tym, iż słowo ma wówczas sens, kiedy traktuje się je w kontekście Słowa Przedwiecznego?
- Oczywiście, jeśli popatrzymy na życie ludzkie w sposób całościowy, to musimy odwołać się do stwórczego Słowa Boga. Ono jest dla nas źródłem i niedoścignionym prawzorem. Tym bardziej więc chciałem uczulić wszystkich lektorów, aby solidnie przygotowywali się do czytań podczas Mszy Świętych. Nie można robić tego byle jak, niewyraźnie, niedokładnie, bez zrozumienia, bez frazy, bez intonacji. To są teksty krótkie, tym bardziej więc trzeba wydobyć z nich mądrość i piękno.

Czy dzisiaj nie degraduje się tej wagi słowa?
- W czasie zaborów zakazywano nam mówienia po polsku, w czasach komunizmu zarzucono nas słowem brzydkim, dziś w polityce i w mediach, w filmie i w teatrze promuje się ludzi mówiących nie tylko niechlujnie, ale wręcz z wadami wymowy. Jest w tym jakiś cel. Słowo albo podnosi, albo przygniata pojedynczą osobę lub cały Naród. Gdy zwracał się do nas Prymas Tysiąclecia (a słuchałem go wielokrotnie, i w kościele Najczystszego Serca Maryi na placu Szembeka, i w kościele Świętego Krzyża, i w katedrze św. Jana, i na KUL), gdy przemawiał do nas Jan Paweł II, to ich słowa nas podnosiły, gdy dziś słuchamy niektórych polityków lub dziennikarzy, to czujemy się przygnębieni, a nawet pognębieni. Może właśnie o to im chodzi?

Dobrym lekarstwem na przygnębienie może być wyjazd na ryby. Wiem, że z zamiłowania jest Pan wędkarzem. Czy często łowi Pan ryby?
- Wędkuję głównie w wakacje i przy okazji wyjazdów na wykłady za granicę, jeśli trafię na bratnie dusze, które mnie zabiorą ze sobą na ryby. Dzięki temu mogłem łowić jesiotry na rzece Sardis koło Vancouveru i na rzece Wisconsin niedaleko Chicago, szczupaki w jeziorach norweskich, sumy na rzece Ottawie i niedoszłe kapitany na jeziorze Tanganika w Afryce, niedoszłe dlatego, że zaatakował nas... hipopotam i trzeba było uciekać. Te bratnie dusze to Tadeusz z Sardis, Jan i Adam z Chicago, pan Jarek z Oslo, Tadeusz z Montrealu.

Gdzie lubi Pan łowić w Polsce?
- Na Suwalszczyźnie, z którą jestem związany od szóstego roku życia, gdzie spędzałem w zasadzie wszystkie wakacje i święta u niezwykle gościnnych gospodarzy, jakby drugiej rodziny, z Sadłowiny. Moim jeziorem było jezioro Sumowo koło Bakałarzewa oraz słynna dzisiaj rzeka Rospuda, której fragmenty, z dokładnością do każdego dołka, a czasem i trzciny, znam na pamięć, czasem śni mi się po nocach zerwany kleń, urwany okoń. Były to bardzo rybne akweny, dziś wygląda to gorzej, zwłaszcza z powodu kłusowników, którzy zabijają ryby (w tym, co najgorsze, narybek) prądem.

Jak jeszcze inaczej spędza Pan wolny czas?
- To zależy, o jakiej porze roku. Ważne jest zachowanie kondycji fizycznej, dlatego latem lubię pływać i jeździć na rowerze, a przez cały rok codziennie spaceruję. Dużo czytam w wolnych chwilach polskich mistrzów słowa, żeby nie utknąć w języku technicznym, choćby to była filozofia. Niektórzy filozofowie (np. Kant) pisali tak strasznym językiem, że trzeba potem długo dochodzić do siebie, najlepiej przez obcowanie z pięknym polskim słowem. Nie mówię tu o obowiązkach domowych, w które muszę się włączać, pomagając mojej żonie Hannie i córce Agacie.

Bardzo dziękuję Panu za rozmowę.

Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 19-20 stycznia 2008, Nr 16 (3033)

Our website is protected by DMC Firewall!