FELIETONY-WYWIADY

WITAM PAŃSTWA NA MOJEJ STRONIE AUTORSKIEJ

      PIOTR JAROSZYŃSKI  

"Sic vive cum hominibus, tamquam deus videat; sic loquere cum deo, tamquam homines audiat" Seneka


To, co kwestionuje dziś rzecznik, było przedmiotem Pana skargi złożonej do Trybunału Konstytucyjnego już w ubiegłym roku. Dlaczego więc dopiero teraz sprawa ta nabiera echa?

- Sprawa ta, mniej więcej po roku od daty złożenia (lipiec 2006), po uzupełnieniu różnych informacji, została uznana przez Trybunał Konstytucyjny za nadającą się do dalszego rozpatrywania (sierpień 2007). Wkrótce potem poseł Stanisław Zadora złożył interpelację do premiera rządu, któremu CK podlega, z prośbą o zwrócenie uwagi na nieprawidłowości, które zakwalifikować można jako niezgodne z Konstytucją. Być może to sprawiło, że problem ten stał się głośny, a trzeba dodać, że na ten temat dużo mówi się w środowisku naukowo-akademickim, choć o jakiejś zorganizowanej na szerszą skalę akcji nie ma raczej mowy.

Czym zajmuje się obecnie Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów? Nie musimy przypominać, jaki cel przyświecał jej w 1951 r., kiedy została ona powołana do życia...
- Ależ warto przypomnieć, jak najbardziej. Komisja ta została powołana w czasach stalinowskich w ramach przejmowania całkowitej kontroli nad edukacją i nauką polską przez komunistów. Chodziło o to, żeby naukę zideologizować, czyli podporządkować marksizmowi. Wówczas mówiono o tym wprost, potem po cichu, nieoficjalnie, nieformalnie. W historii mojej uczelni jest wiele przykładów blokowania stopni i tytułów, i to całe lata. Komisja ta jeszcze do niedawna (2005 r.) zatwierdzała stopnie doktora habilitowanego, teraz natomiast wyznacza dwóch recenzentów do przewodu habilitacyjnego (dwóch pozostałych leży w gestii Rady Wydziału), ale za to ma pełną kontrolę nad przyznaniem tytułu profesora.
Niezorientowanemu Czytelnikowi należy się krótkie wyjaśnienie. System stopni i tytułów naukowych, z pewnymi modyfikacjami, został odziedziczony po PRL. Pod płaszczykiem troski o jakość nauki starano się kontrolować naukę polską i kadrę akademicką. Kluczowe znaczenie ma habilitacja, ponieważ dzięki niej naukowiec staje się samodzielny i może objąć katedrę.
"Wyrwanie" z CK kontroli nad habilitacjami miało olbrzymie znaczenie; duże zasługi położył w tej materii prof. Adam Biela, który przez dwie kadencje był członkiem CK i mógł później, jako senator, kompetentnie przedstawić na posiedzeniu Senatu RP, na czym polegają nieprawidłowości czy wręcz nadużycia. To przekonało senatorów.
Udało się wyrwać habilitację z całkowitej zależności od CK, ale pozostał jeszcze tytuł profesora (stopień profesora leży w gestii uczelni), który ma tak naprawdę dla osoby zainteresowanej znaczenie symboliczne, może prestiżowe, ale do pracy naukowej czy dydaktycznej nic nie wnosi; ma natomiast znaczenie dla uczelni i wydziału z uwagi na system punktacji i związany z tym zakres uprawnień do nadawania różnych stopni naukowych.
Podmiotem, który występuje o tytuł naukowy, nie jest sam naukowiec, ale rektor uczelni na wniosek Rady Wydziału, poparty recenzjami profesorskimi, w tym dwoma spoza uczelni macierzystej kandydata.
Ale to CK praktycznie podejmuje decyzję, natomiast prezydent podpisuje i wręcza nominację. Ale rzecz znamienna, prezydent Lech Kaczyński od dłuższego czasu nie podpisuje nominacji profesorskich. Muszą być więc jakieś ważne powody.

Janusz Kochanowski zwrócił też uwagę na nielogiczność, jaka występuje w procedurze recenzowania dorobku kandydata do tytułu profesora. Recenzują go bowiem często członkowie samej komisji, co naraża ją na zarzuty braku bezstronności. Co to oznacza dla polskiej nauki?
- Żeby tylko to! Chodzi bowiem nie tylko o brak bezstronności, ale przede wszystkim o brak kompetencji.
Statut CK umożliwia recenzowanie dorobku kandydata do tytułu profesora, który zajmuje się dajmy na to filozofią, przez kogoś kto jest socjologiem albo psychologiem. Na takim poziomie badań naukowych mieszać nauki, jest to rudymentarny brak kultury metodologicznej.
Co więcej, nawet w ramach tej samej nauki mamy do czynienia z daleko posuniętą specjalizacją, ktoś w ramach filozofii zajmuje się Arystotelesem, a ktoś Kantem, to są diametralnie różne systemy filozoficzne, stąd kantysta ma niewielkie kwalifikacje, by oceniać arystotelika.
Nie koniec na tym, CK potrafi powołać na recenzentów marksistów, po to, by utrącić kandydata, który zajmuje się filozofią chrześcijańską. A wszystko to zgodnie ze statutem, który sami sobie uchwalili.

I wreszcie w całym procesie osoba, której dorobek naukowy jest oceniany z różnych stron, nie ma prawa głosu, nie ma prawa do obrony swoich racji, nie ma prawa do polemiki. Czy można sobie wyobrazić w nauce na takim szczeblu zaawansowania badań naukowych taką sytuację? Jest to po prostu niewiarygodne, chciałoby się powiedzieć: rozbój w biały dzień. Bo to jest rozbój.

Czy obecny stan rzeczy nie sięga czasów PRL, kiedy to przejęto kontrolę nad stopniami i tytułami naukowymi?
- Ten stan rzeczy sięga PRL zarówno prawnie, jak i personalnie. Profesorami są nierzadko ludzie starsi, z których wielu karierę robiło dzięki zaangażowaniu w marksizm. Przecież jeszcze do tego roku (przez 10 lat!) szefem CK był Janusz Tazbir, zasłużony dla utrwalania marksistowskiej wizji historii Polski i historii Kościoła katolickiego w Polsce. Zastępcą był Jerzy Brzeziński, psycholog, ze szkoły marksisty Leszka Nowaka. To środowisko kontrolowało polską humanistykę w III i początkach IV RP. Marksizmu i marksistów nikt do tej pory intelektualnie nie rozliczył. Wyciszyli nieco swoje poglądy, ale odgrywają się administracyjnie i finansowo, tam gdzie mogą.

Jacy ludzie sprawują dziś funkcje kierownicze w Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów?
- Szefem jest matematyk, prof. Tadeusz Kaczorek, który poprzednio był zastępcą J. Tazbira. Na czele Komisji Nauk Humanistycznych i Społecznych stoi prof. Stanisław Gajda, filolog. A tak to decyzję podejmuje Prezydium, w skład którego wchodzi, poza przewodniczącym i jego zastępcami, 8 przewodniczących wszystkich sekcji.
Musi często bywać tak, że żaden z członków Prezydium nie zna się na tej nauce, jaką reprezentuje kandydat do tytułu profesora. Odwołują się więc do recenzji przygotowanych przez naukowców reprezentujących inną naukę lub inną specjalność niż kandydat, a wreszcie uwzględniają (choć nie obligatoryjnie) głosowania w sekcjach.
Dla przykładu w Sekcji Nauk Humanistycznych jest 49 członków, którzy reprezentują 20 różnych nauk, np. obok historii są nauki wojskowe, obok filozofii - nauki o zarządzaniu. Całe gremium głosuje w sprawie wszystkich 20 nauk, tak jakby specjalista od wojska znał się na historii, a specjalista od administracji na filozofii św. Tomasza z Akwinu. Większego pomieszania języków i nauk trudno sobie wyobrazić.

Czy nie uważa Pan, że wszystkiemu winien jest fakt, że w polskiej nauce nie było ani dekomunizacji, ani lustracji?
- Choć nie jest to jedyny powód, ale na pewno kluczowy. Ponieważ w nauce polskiej nie było ani lustracji, ani dekomunizacji, to nie można wykluczyć, że byli członkowie PZPR, byli agenci lub wręcz ubecy tworzą swoiste lobby, które umożliwia im silną kontrolę życia naukowego w naszym kraju, zarówno pod względem personalnym, ideologicznym, a także instytucjonalnym i finansowym. Habilitacja i tytuł profesora otwiera bowiem furtkę dla wielkiego biznesu, jakim stały się w wielu wypadkach wyższe szkoły prywatne, a jest ich ponad 300.

Warto przypomnieć, że to właśnie Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów blokuje Panu nadal tytuł profesora belwederskiego, nie doceniając choćby wagi znaczenia Pańskiej książki "Nauka w kulturze", która zdobyła rozgłos na świecie. Ostatnio jej entuzjastyczna recenzja ukazała się w amerykańskim periodyku "Choice", który jest podobno wyrocznią dla bibliotek, co powinny zamawiać...
- Patrzę na to jako na "felix culpa", czyli "szczęśliwą winę". Gdyby nie to, zapewne nie zacząłbym wertować tekstów z lat 40. i 50., zwłaszcza zebranych w takich periodykach jak "Życie nauki" czy "Zeszyty naukoznawstwa", które otworzyły mi oczy na mroczną przeszłość zarówno pewnych instytucji, jak i utytułowanych osób. Nie chciałem wierzyć, że i dziś są zdolni do takich bezeceństw, jak dyskryminacja kultury chrześcijańskiej przy pomocy marksistów.
Skoro są, to w takim razie, niech świat się o nich dowie. Ta sprawa ma w tej chwili wymiar międzynarodowy.

Czy możemy dziś mówić, że nauka w Polsce jest w pełni suwerenna, czy może ciąży nad nią jeszcze widmo marksistowskiej przeszłości?
- To widmo nie znikło, ono przybiera na sile, tyle że jest to inny wariant marksizmu, bardziej wyrafinowany niż leninizm czy stalinizm. Jest to marksizm nawiązujący do Szkoły Frankfurckiej (Marcuse, Adorno, Habermas), a zwłaszcza najnowsze wcielenie, zwane postmodernizmem (Lyotard, Derrida). Gdy otworzyć publikacje z zakresu humanistyki, jakże często te nazwiska się pojawiają, a zamiast przymiotnika "marksistowski" używa się eufemizmu "marksowski", bo tak brzmi dostojniej. Ideologia, która dała intelektualne podstawy dla największego totalitaryzmu i zbrodni w dziejach ludzkości, nadal jest pieszczochem salonów i różnych komisji. Moim zadaniem jest ostrzegać, bo po to się kształciłem i taką lekcję odebrałem na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej KUL, w tzw. Szkole Lubelskiej, na której czele stał i stoi o. prof. Mieczysław Albert Krąpiec. Błędy intelektualne, filozoficzne zdiagnozować może tylko filozof, jeśli filozofia ma być poznaniem rzeczywistości, ale gdy jest kreacją sensów, to następny krok stanowi już tylko ideologia. Z naszego środowiska płynie wiedza (Powszechna Encyklopedia Filozofii), ale też idą ostrzeżenia, bez względu na cenę. Musimy uratować polską humanistykę.

Dziękuję Panu Profesorowi za rozmowę.
---------------------------------------------------
Tekst oryginalny - Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 27-28 października 2007, Nr 252 (2965)
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=kl&dat=20071027&id=kl21.txt

DMC Firewall is a Joomla Security extension!