FELIETONY-WYWIADY

WITAM PAŃSTWA NA MOJEJ STRONIE AUTORSKIEJ

      PIOTR JAROSZYŃSKI  

"Sic vive cum hominibus, tamquam deus videat; sic loquere cum deo, tamquam homines audiat" Seneka

Gdy mowa jest o wolności słowa, nie wystarczy stwierdzić, że każdy człowiek ma prawo do wyrażania swojej opinii. To za mało i niezbyt precyzyjnie. Bo co z tego, że wolno mi pójść do lasu i tam głośno mówić, jeśli mnie nikt nie usłyszy? Gdy mowa o wolności słowa, to chodzi o wolność w wymiarze publicznym, tak by inni mogli dowiedzieć się, usłyszeć, zobaczyć, przeczytać, co ja myślę. Inni to nie tylko kilka osób, ale kilka tysięcy, a nawet miliony. Jeżeli zechcą, bo wolność słowa to nie jest przymus wysłuchiwania lub czytania. Ludzie mają prawo do wyrażania swoich opinii wtedy, gdy nie tylko wolno im zabierać głos, ale gdy mają do dyspozycji odpowiednie środki techniczne, bo bez nich głos dotrze tylko do niewielu.
 
 
Łatwo o akty barbarzyństwa
Prawo do wolności słowa jest prawem ludzkiej natury. Prawem, którego złamanie wydaje się początkowo niegroźne, bo przecież można żyć, nie mówiąc i nie pisząc. Ale jak długo można żyć, milcząc? I jakie to jest życie? W człowieku zbierają się myśli, które musi wypowiedzieć. Człowiek zadaje pytania, na które szuka odpowiedzi u innych. To jest rozległy obszar życia osobowego człowieka, z jakim nie spotykamy się w żadnym ze światów. Dlatego jeżeli mowa o wolności, to jedną z podstawowych wolności jest wolność słowa, wolność wyrażania słowa i odbierania słowa od innych, dla innych, a nawet dla wszystkich. Człowiek, nawet gdy w danym momencie nie mówi lub nie pisze, to przecież zastanawia się, percypuje, wyobraża sobie, ocenia, z myślą, że kiedyś o tym komuś powie. A jeśli jest przekonany, że są to rzeczy ważne, to chciałby to wypowiedzieć nawet na cały świat. Gdy więc brak realnej wolności słowa, i to w wymiarze publicznym, wtedy tworzy się sytuacja groźna dla sprawiedliwości i pokoju, wtedy łatwo o akty barbarzyństwa, z którymi ludzkość nieraz miała do czynienia i które wstrząsały jej sumieniem. Dokładnie przed taką sytuacją ostrzega Powszechna Deklaracja Praw Człowieka (1948), uznana za najważniejszy dokument będący dziełem ludzkości (M.A. Krąpiec). Deklaracja ostrzega już w Preambule, gdzie czytamy: "ZWAŻYWSZY, że nieposzanowanie i nieprzestrzeganie praw człowieka doprowadziło do aktów barbarzyństwa, które wstrząsnęły sumieniem ludzkości, i że ogłoszono uroczyście jako najwznioślejszy cel ludzkości dążenie do zbudowania takiego świata, w którym ludzie korzystać będą z wolności słowa i przekonań oraz z wolności od strachu i nędzy...". Jest uderzające, że właśnie w jednym fragmencie połączona została wolność słowa z wolnością od strachu i nędzy. Tak jakby odebranie wolności słowa szło w parze z zastraszaniem, a także z pogłębiającą się nędzą. Gdzie coraz więcej nędzy, tam coraz mniej wolności słowa, tam zwiększa się też zastraszanie. Tekst Preambuły był dokładnie przemyślany przez przedstawicieli wielu państw, przyjęty został jednogłośnie, bo tak wielka była ciągle świadomość krzywd, jakie wyrządzili ludzkości sprawcy II wojny światowej.

Artykuł 19 Deklaracji doprecyzowuje: "Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice". Widzimy wyraźnie, że nie chodzi tu o prawo do prywatnej wolności słowa, ale do wolności w wymiarze publicznym, i to przekraczającym granice państw. A do tego nie wystarczy wypowiedzenie słów lub ich napisanie, ale musi temu towarzyszyć możliwość korzystania "z wszelkich środków". Takich środków, które pozwalają docierać do milionów i które pozwalają przekraczać granice.

Tekst Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka jest jasny i czytelny. Nie jest pisany na siłę językiem zbyt technicznym czy zbyt asekuranckim, odwołuje się przecież do wspólnej natury ludzkiej, a ta nie jest tworem ani prawników, ani parlamentów. Wszelka debata na temat prawa stanowionego przez ludzi, zaczynając od konstytucji, musi uwzględniać to właśnie, co zawiera ta sławetna i unikalna Deklaracja. Bo czujemy, że trafia ona w sedno.
 
Na bakier z prawem
Gdy więc dziś słyszymy, że jakaś komisja, rada czy inne ciało, złożone z kilku ludzi, korzystając z pokrętnego prawa i niezbornej Konstytucji RP, odmawia udostępnienia środków (czyli miejsca na multipleksie) do wolności słowa tym, którzy mają cieszącą się popularnością i szacunkiem milionów odbiorców Telewizję Trwam i Radio Maryja, to przecieramy oczy ze zdumienia. To tak ma wyglądać respektowanie praw człowieka? To tak ma wyglądać demokracja? Jeszcze chwila, a dojdziemy do sytuacji, gdy pytano Radio Erewań, czym różni się wolność wypowiedzi w Związku Sowieckim i w Stanach Zjednoczonych. Odpowiedź brzmiała: W obu państwach mamy wolność wypowiedzi, tyle że w Związku Sowieckim jest wolność przed wypowiedzią, a w Stanach po wypowiedzi. Podobnie i u nas, Telewizja Trwam będzie mogła nadawać swoje programy, nikt jej tego nie zakaże, tyle że programy te nigdzie nie dotrą, bo telewizji tej nie będzie na multipleksie.

Ten misterny i przewrotny plan, za którym stoją najwyżsi urzędnicy państwowi, prezydent i premier, jest bezwzględnie realizowany przez mianowanych z klucza politycznego niższych urzędników wchodzących w skład Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Rada ta jest reliktem PRL, który potrafił zawarować sobie możliwość kontroli obywateli w przeróżnych instytucjach, a ponieważ Konstytucja była uchwalana za czasów prezydentury ekskomunisty, więc poszło to całkiem gładko. Dzięki istnieniu takiej Rady władza może zmieniać nie tylko prawa człowieka zawarte w Powszechnej Deklaracji, ale również prawa zawarte w Konstytucji RP. Bo przecież w tej Konstytucji czytamy w art. 54, że "każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji". W jaki sposób Telewizja Trwam może rozpowszechniać informacje, jeśli jest pozbawiona miejsca na multipleksie? W żaden sposób, który byłyby proporcjonalny do możliwości technicznych i zapotrzebowania odbiorców. Wyżsi i niżsi urzędnicy państwowi lekceważą nie tylko Powszechną Deklarację Praw Człowieka, ale i własną Konstytucję, więcej - lekceważą miliony ludzi, bo ostatecznie uderzają w ich podstawowe prawa. A to już są, mówiąc językiem Deklaracji, akty, które prowadzić mogą do barbarzyństwa.
 
Determinacja decydentów
Walka o miejsce na multipleksie dla Telewizji Trwam i Radia Maryja jest więc walką o fundamentalnym znaczeniu cywilizacyjnym. Monopol władzy wyraża się w monopolu środków przekazu i jest wstępem do zastraszania i doprowadzania społeczeństwa do nędzy. 11 listopada 2011 roku mieliśmy przykład zastraszania, które było celowe i wpisane w strategię inżynierii społecznej. Ale wtedy nie uwzględniono do końca, jak akcja ta będzie nieskuteczna, gdy prawidłowo funkcjonują pluralistyczne media. Dlatego podczas kolejnych manifestacji zaprzestano zastraszania. Ale z tym większą determinacją przystąpiono do likwidacji niezależnych mediów, by móc później społeczeństwo swobodnie dezinformować i zastraszać, zwłaszcza gdy kraj będzie pogrążał się w coraz większym kryzysie, a ludzie wpadać będą w nędzę. Więc za wszelką cenę, korzystając z większości parlamentarnej, z posiadania dwóch najwyższych urzędników w państwie i uległych im nominatów z KRRiT, prowadzona jest akcja eliminowania katolickiego głosu i obrazu z naszych polskich, katolickich domów. Operacja ta prowadzona jest na wielką skalę, stanowczo i bezlitośnie, a nawet w sposób grubiański i prowokatorski, taki, jaki nie przystoi urzędnikom państwowym, jeśli faktycznie rozumieliby, co to znaczy polityka, a więc troska o państwo, które ma być dla ludzi, a nie przeciw ludziom.

Człowiek tym różni się od reszty stworzeń, że posiada rozumiejącą świadomość, to znaczy potrafi zrozumieć rzeczywistość i samego siebie. Wtedy też zdolny jest do podejmowania odpowiedzialnych decyzji, bo odróżnia prawdę od fałszu, dobro od zła. Jednak tę zdolność może utracić lub ją osłabić, choćby w czasie choroby, ale również może popaść w dezorientację, gdy sygnały, jakie zacznie otrzymywać, będą sygnałami zwodniczymi lub gdy ich w ogóle nie otrzyma, a wtedy niczym zagubiony okręt rozbije się o skały, bo ktoś nie zapalił latarni albo zapalił ją w nieodpowiednim miejscu. Rzeczywistość, w której żyjemy, jest na tyle złożona, że jako ludzie musimy ciągle się komunikować, wysyłać sygnały, pomagać sobie w orientacji. Taką rolę odgrywają dzisiaj media, taką rolę powinny odgrywać media. Ale czy odgrywają? Czy w porę ostrzegają? Czy nie kłamią? Zbyt wiele jest dowodów na to, że są media, które kłamią. Zbyt często politycy posługują się mediami, by budować swoje kariery, kosztem społeczeństwa. A wtedy, czując zagrożenie przed zdemaskowaniem, atakują, nawet wściekle, media, które odważnie dążą do prawdy i prawdę głoszą. Jeśli zaś mają ku temu okazję, decydują się nawet na ich zniszczenie. Właśnie teraz jesteśmy świadkami nie tylko ataku, ale wręcz zamachu na wolne media, które są przecież warunkiem wolności życia społecznego. To widać gołym okiem, to jest już jasne. Dlatego ludzie zaczęli protestować, teraz protestują i będą protestować. Do skutku, bo na ponowne zniewolenie, zastraszanie i zubożanie już więcej nie pozwolą.
 
Bolesna powtórka
Pamięć jest ciągle żywa, pamięć zniewolenia peerelowsko-komunistycznego. Tam było kłamstwo, zastraszanie, nędza. Więc dlatego władza przypuściła atak na naszą pamięć, tak by kolejne pokolenia nie miały pamięci, by dały sobą manipulować, by dały się wodzić, zastraszać, eksploatować lub sobą poniewierać. Eliminacja lekcji historii w szkołach to tylko jeden z elementów, drugi to zanik kultury polskiej w placówkach kulturalnych takich jak teatr czy opera, to nieobecność filmów historycznych, to zamykanie bibliotek i muzeów. Ale by o tym wiedzieć, musimy się komunikować, musimy mieć wolne media, odpowiedzialne za Polskę. By działać i by się temu przeciwstawiać - musimy mieć wolne media. By obronić najstarsze pokolenie przed wyzyskiem, musimy mieć wolne media. By odzyskać wpływ na państwo, województwa, miasta - musimy mieć wolne media. Wszędzie, czegokolwiek nie dotkniemy, jawi się konieczna obecność wolnych mediów, jeśli społeczeństwo faktycznie ma decydować o swoich losach, jeśli ma to być prawdziwa demokracja, w której respektuje się podstawowe prawa człowieka.

Dlatego właśnie musimy maszerować, tłumaczyć, żądać. Musimy maszerować, bo wtedy jesteśmy razem, musimy tłumaczyć, bo nie wszyscy jeszcze rozumieją, musimy żądać - bo to się nam należy, należy się nam prawo do wolności słowa, którego nikt nie ma prawa nam odebrać. Dlatego będziemy maszerować w obronie Telewizji Trwam.

Piotr Jaroszyński

Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 21-22 kwietnia 2012, Nr 94 (4329)

Our website is protected by DMC Firewall!